MotywacjaPodróże

Rozmówki samochodowe, czyli jak nie przegapić najważniejszego

Podróże samochodem z dziećmi kojarzą się rodzicom z przedsionkiem piekła. Tymczasem to może być błogosławiony czas. Naprawdę!

W ostatni weekend przejechałem autem jakieś 500 kilometrów. Niby nic szczególnego, ale dzięki podróży miałem okazję doświadczyć czegoś, co chyba można nazwać różnymi odcieniami komunikacji samochodowej. Z tym, że nie komunikacji w sensie transportu, lecz budowania relacji poprzez komunikowanie się. Ale po kolei.

Najpierw powrót z Ośrodka Rehabilitacyjno-Wypoczynkowego Polanika do domu, gdzie pojechałem z żoną i naszą najmłodszą Dominiką. W Polanice byliśmy we trójkę, bo reszta dzieci spędzała weekend u dziadków. W ośrodku sporo się działo, o czym zresztą sporo pisałem tu, tu, tu i tu, więc w zasadzie nie mieliśmy z żoną przestrzeni do dłuższej rozmowy.

 

Taka przestrzeń pojawiła się dopiero podczas 2,5-godzinnej drogi do domu. Na szczęście córka przez całą podróż spała, więc mieliśmy z Anią czas, by pogadać. Po prostu pogadać. Bez przerywania przez inne dzieci: bo chrupek, bo siku, bo ona na mnie patrzy, bo chcę bajkę, bo ta piosenka jest niefajna, bo brzuszek mnie boli, bo jest mi za ciepło, bo jest mi za zimno…

Mała przestrzeń naszego wysłużonego forda focusa niespodziewanie stała się enklawą, w której poczuliśmy się bezpiecznie. Mogliśmy się na siebie tworzyć, wysłuchać się nawzajem i wypowiedzieć się bez popędzania. W końcu nic nas nie goniło.

Ależ mi tego brakowało!

Te kilka godzin spędzone razem na niespiesznej jeździe i spokojnej rozmowie było bardzo cenne dla naszej relacji. I przypomniało mi, że w sumie sporo naszych kluczowych rozmów odbyło się podczas podróży. Chorwacja przejechana samochodem wzdłuż wybrzeża albo wycieczki na Majorkę, Rodos czy Sycylię – czas, w którym smakowało się każdą minutę, godzinę czy wręcz cały dzień. Wszak następnego ranka nie trzeba było iść do pracy.

Slowlife kontra fastlife. Ech…

Ale wróćmy do wspomnianej podróży.

Potem pojechałem po córki. Wracając zadałem standardowe pytanie „jak było” i po uzyskaniu standardowej odpowiedzi, że „fajnie”, nagle… wylało się. Jedna z córek wpadła w rozpacz i wystrzeliła z siebie serię żalów. Czasami chodziło o drobne i pozornie błahe sprawy, które jednak dla dziecka w tamtym momencie były kluczowe. Inne to faktycznie tematy poważniejsze, do późniejszego przegadania.

Pewnie nie dowiedziałbym się o nich, gdyby nie ta wspólna podróż. Córka mówiła o tym wszystkim w dużych emocjach, nie krygowała się i ulżyła sobie krzykiem.

I bardzo dobrze, że to zrobiła!

Poczuła się w naszym aucie na tyle swobodnie, że mogła sobie pozwolić na spontaniczność. Nie musiała udawać grzecznej, poprawnie mówiącej i ładnie się zachowującej dziewczynki. Miała w sobie gniew, który musiał w tym momencie z niej ulecieć. Zamknięta przestrzeń naszego rodzinnego samochodu na chwilę zamieniła się w prowizoryczny gabinet psychoterapeutyczny, a podróż stała się formą terapii. Do domu przyjechała już uspokojona i uśmiechnięta.

I wreszcie trzecia forma komunikacji – z samym sobą. Bo nie wspomniałem, że po córki musiałem jechać półtorej godziny sam. Miałem czas na przesłuchanie podcastu i fragmentu audiobooka, ale też na jechanie w ciszy. Galopujące na co dzień myśli zwolniły. Zamiast rozkminiać bieżące sprawy mogłem skupić się na wsłuchaniu w samego siebie. Kiedy ostatnio to robiłem? Nie pamiętam…

* * *

Myślę, że nie doceniamy podróży samochodowych. Często traktujemy je wyłącznie jako sposób na przemieszczenie się z punktu A do punktu B i to jak najszybszą trasą. Zagłuszamy ciszę głośną muzyką albo od razu włączamy dzieciom bajki na tablecie, żeby tylko nie gadały.

Tymczasem czas poświęcony na podróż może okazać się błogosławieństwem: dla rodziny, dla małżeństwa, dla samego siebie. Konieczność spędzenia czasu w zamkniętej przestrzeni skłania do prowadzenia rozmów, na które niekiedy nie ma czasu w codziennym kociokwiku – również rozmów z samym sobą.

Podróż staje się wtedy nie przekleństwem, lecz szansą.

Tekst i zdjęcie:

Marcin Perfuński

kontakt@supertata.tv

Share: