MotywacjaPodróżePrzygodaZabawa

Co ty wiesz o karate z dziećmi!

Karate dla dzieci to zło! Najmłodsi UCZO się agresji, BIJO rówieśników i ROZWIĄZUJO problemy PRZEMOCO!

Odkąd napisałem, że chodzę z dziećmi na karate, musiałem już kilka razy gęsto się z tego tłumaczyć. Nie przed innymi rodzicami, zwłaszcza moimi rówieśnikami, bo oni nawet intuicyjnie wyczuwają, że taka forma aktywności z dziećmi jest dla rodziny dobra. Problematyczni okazali się moi najbliżsi, zwłaszcza ludzie starszej daty.

Teoretycznie trudno im się dziwić. Dla nich karate od zawsze kojarzy się z wyczynami Bruce’a Lee, który potrafił samotnie pokonać kilkunastu wrogów, ewentualnie z ekscesami Jackie Chana, który potrafił… no, wszystko właściwie potrafił. Wspólnym mianownikiem tych bohaterów jest to, że prowadzili negocjacje z oponentami stosując język kopnięć i uderzeń.

No więc, moi drodzy, nie o to w karate chodzi.

Nie ukrywam, że sam miałem podobne obawy, gdy zaczynaliśmy treningi. Z niepokojem obserwowałem starcia córek, szukając ich źródeł w treningach. Jak się okazało, niesłusznie – i tak lały się ze sobą wcześniej. Bo choć faktycznie karate jest sztuką walki, to nie o samą walkę w nim chodzi. Właściwie to praktycznie jej nie ma – na treningach, na początkowym poziomie, nawet przeciwnik jest wyimaginowany. 

Wiedziałem to już wcześniej, ale ostatecznie przekonałem się o tym w weekend 11-13 grudnia, kiedy wybrałem się z najstarszą córką do Dojo Stara Wieś. Co to za miejsce? To największy na świecie ośrodek przeznaczony do treningu dalekowschodnich sztuk i sportów walki. Nawet w Japonii takiego nie mają. W Starej Wsi podsumowaliśmy ostatnie miesiące treningów w ramach programu Rodzina Pro-Active, pilotowanego przez Karate Tradycyjne Warszawa. Spędziliśmy sam na sam, bez reszty mojej rozlicznej rodziny, dwie doby, rozmawiając, ćwicząc, bawiąc się i wypoczywając. Dla relacji ojca z dzieckiem to był bezcenny czas. 

Przy okazji obserwowałem ludzi, którzy tam trenowali i słuchałem senseiów. Chłonąłem ich mądrość, przejmowałem od nich wewnętrzny spokój i śmiałem się z nimi, kiedy ich kilkuletnie dzieci biegały po macie, co chwilę przewracając się o przydługie kimona. Bo jak się okazało, rodzinność jest wpisana w karate od zawsze.
Dlatego sceptykom, którzy nie wierzą w to, że karate jest dla dzieci, śmiało możecie podawać pięć poniższych argumentów.
 
1. Skupienie
Każdy trening zaczyna się od chwili skupienia. Trzeba zamknąć oczy, podwinąć nogi pod siebie, usiąść na nich i w tej nie do końca wygodnej pozycji o nazwie seiza wytrzymać minutę w ciszy. Czujecie? Wytrzymać minutę. W ciszy. Z dziećmi. Mission impossible!

Tymczasem maluchy grzecznie siadają i są cicho. Tak po prostu. Okazuje się, że ten wiecznie rozkrzyczany i rozbiegany maluch z ADHD level high potrafi się zatrzymać i wsłuchać w siebie. Musi mieć tylko powód. Gdy widzi wyciszonych dorosłych i rówieśników, po prostu ich naśladuje. A poza tym to samo robi sensei.


2. Sensei
No właśnie, kim jest sensei? Jest zaklinaczem dzieci! Nie wiem jak to robi, ale potrafi ogarnąć tę wściekłą watahę. Dzieciaki przechodzące na co dzień bunt „iluśtamlatka” nagle pokornieją i robią to, o co sensei prosi. Nie każe, tylko prosi, a one to robią! How it’s possible? 

Sensei to taki mistrz, mentor, autorytet i wzór w jednej osobie. Ma jasno wyznaczony cel i wie jakimi drogami do niego dojść. Dziecko to widzi i czuje, więc go szanuje i słucha. Chce być tam, gdzie jest sensei. Chce umieć to, co sensei. Chce mieć czarny pas – jak sensei. Chce pokonywać własne ograniczenia jak sensei. Gdy widzi, że to mu się udaje, szuka w sobie następnych granic do przekroczenia. Genialne, co nie?

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Marcin Perfuński (@mperfunski)

 

 
3. Panowanie nad emocjami
Tuż przed ćwiczeniem pozdrawiam przeciwnika, a przeciwnik pozdrawia mnie. Kłaniamy się sobie z należnym szacunkiem, bo nie jesteśmy dla siebie wrogami, lecz przyjaciółmi. 

Co to znaczy dla dziecka? Przede wszystkim czuje ono, że jest równoprawnym zawodnikiem, szanowanym przez przeciwników. Wie, że rywalizujemy nie po to, by upokorzyć drugiego, lecz by wykazać się skutecznością. Nie siłą, lecz skutecznością! To ważne rozróżnienie, bo pokonanie przeciwnika w karate rzadko jest efektem działania siły. Wygrywa nie silniejszy, ale ten, który mądrzej wykorzysta drzemiące w nim zdolności: szybkość, refleks, spryt czy celność. Dziecko zauważa też, że gdy daje się ponieść negatywnym emocjom, łatwiej mu popełnić błąd i przegrać.

Karate dostarcza więc całego wachlarzu różnorodnych sytuacji, które budzą w człowieku czasami skrajne emocje, ale odbywa się to w atmosferze szacunku i zrozumienia. To uczy panowania nad sobą i buduje pewność siebie.

Na koniec znowu kłaniamy się przeciwnikowi, dziękując za konfrontację, a potem po prostu ćwiczymy dalej. Kto wie, może następnym razem to ten drugi wygra…


4. Przegrana jest zwycięstwem
Nawet jeśli przegrywam, to nie czuję się pokonany, bo nie przegrywam jako człowiek, tylko jako zawodnik w rozgrywce, która rządzi się zaakceptowanymi przeze mnie i przeciwnika zasadami. Jeśli walczymy uczciwie, wygrywa ten, który w danym momencie lepiej te zasady opanował.
 
Gdy przegra dziecko, może zostać docenione za technikę, włożenie serca w walkę czy właśnie wierność zasadom. Przegra rozgrywkę, ale wygra siebie, bo będzie bogatsze o kolejne doświadczenie i następną walkę rozegra mądrzej.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Marcin Perfuński (@mperfunski)

 

 
5. Sam sobie jesteś granicą
Kto wie, czy to nie najważniejsza lekcja w karate. Widzę to po sobie – zmieniam się. Z treningu na trening z mięciutkiego misia z kształtnym piwnym brzuszkiem przepoczwarzam się w Bruce’a Lee… No, może jeszcze trochę mi brakuje do mistrza, ale naprawdę widać postępy.


Sensei dba o to, żeby rodzinne karate nie stało się dla rodziców urlopem wypoczynkowym w SPA dla emerytów, ale ostrym treningiem bez litości dla leniuchów. Dlatego już rozgrzewka daje w kość. Robimy ją w stylu crossfit, który praktykują amerykańscy komandosi: podskoki, kucnięcia, pompki, kopnięcia. Nagłe zmiany tempa napędzają adrenalinę, a krótkie przerwy między ćwiczeniami nie pozwalają przysnąć. Po treningu jestem zmęczony jak nigdy, ale mam poczucie, że zrobiłem potężny krok do przodu. Wspaniałe uczucie!

Najśmieszniejsze jest to, że dziecko robi to samo bez większego wysiłku. Musi czuć się wspaniale, gdy widzi, że z pewnymi ćwiczeniami radzi sobie lepiej od rodzica. Patrzy na to jak na pewien rodzaj tańca, gdzie trzeba pilnować odpowiedniego ustawienia stopy, kontrolować oddech i dawkować wysiłek, ale też dbać o grację ruchów. Z treningu na trening idzie mu coraz lepiej, a poza tym systematycznie podwyższany jest poziom, który bez trudu osiąga. Krótko mówiąc, sky is the limit!
Konsultacja merytoryczna:
Jakub Głąb, wicemistrz świata w karate w konkurencji kata.
Wielkie dzięki!


No to ćwiczcie!

Tekst i zdjęcia:
Marcin Perfuński



Share: