MotywacjaPrzygodaZabawa

Kolor ma moc!

To miał być festiwal kolorów, uśmiechów i beztroskich zdjęć wrzucanych na Fejsa. Tymczasem The Color Run stał się dla mnie i moich dzieci czasem wzlotów, upadków i bohaterskiego powstawania.
 
Nie wierzcie temu zdjęciu na górze. Zrobiłem je tuż przed metą, gdy już wiedziałem, że daliśmy radę. Miałem prawo się cieszyć. Zanim jednak się tu znaleźliśmy, musieliśmy przebyć drogę przez pot, łzy i… krew. Crossfit amerykańskich komandosów to przy tym poranna rozgrzewka na obozie dla zdolnych inaczej. Ale po kolei.
Jeżeli jesteś na tym blogu pierwszy raz, to przede wszystkim witaj! 😀
Nim przeczytasz poniższą relację z naszego udziału w The Color Run 27 czerwca w Warszawie, zerknij na te dwa wpisy:
 
Ooo, supertata!
Piątek, 26 czerwca. Wieczorem jedziemy z M. (6 lat) i Z. (4 lata) po pakiety startowe. Dwie młodsze córki (3-letnia W. i roczna K.) nie będą biec, zostają w domu razem z mamą.
Na miejscu spora kolejka, na jakieś pół godziny czekania. Ale nawet nie stanęliśmy w ogonie, gdy podeszła do nas Iga. Miała za zadanie wyłapywać rodziców z dziećmi i wprowadzać bez kolejki. Świetny pomysł! Widać, że The Color Run na serio jest wydarzeniem przyjaznym rodzinom i organizatorzy wiedzą, że zniecierpliwione dziecko to wkurzone dziecko.
Wchodzimy do biura, a tam gwarno jak w ulu.

Już od progu słyszę kobiecy głos: „Ooo, supertata!”. No tak, uroki sławy, okładki pism, foto na ściankach… Jednak nie. To Karolina, która ze strony organizatorów przez kilka ostatnich tygodni opiekowała się ambasadorami biegu. Wszystko załatwialiśmy online, więc widzimy się pierwszy raz. Mimo to miło być rozpoznanym. Robimy sobie foto na ściance, a co! 

Kolorowy pociąg

W sobotę wczesnym popołudniem dojeżdżamy pod Stadion Narodowy pociągiem. Okazuje się, że jedzie z nami sporo osób w koszulkach The Color Run. Przybijamy piątki, robimy sobie zdjęcia, choć widzimy się pierwszy raz. Jest przepięknie!

To zdjęcie zrobiłem w drodze powrotnej po biegu, ale faktycznie – już sama podróż pociągiem była dla dziewczynek atrakcją

Jesteśmy półtorej godziny przed czasem, żeby nie przepychać się w tłumie. Spotykamy się ze znajomymi, również innymi ambasadorami biegu: Stellą i Agatą. Swoim krążownikiem szos dojeżdżają Karolina i Artur, którzy wzięli ze sobą czwórkę dzieci. Wariaci, co nie? Ale całkiem zorganizowani – mają dwa wózki biegowe. Dadzą radę! 

Po biegu zrobimy sobie to zdjęcie:

 

Ja mam czwórkę dzieci. Karolina i Artur z bloga Dwapluscztery.pl też mają czwórkę dzieci. Jesteśmy zdecydowanie…
Posted by supertata.tv – Marcin Perfuński on 27 czerwca 2015

Oddzielam się z córeczkami od grupy, bo musimy przekazać jeden pakiet koleżance, Paulinie. Gdy wracamy w to samo miejsce, na starcie jest już gęsto. DJ puszcza muzykę, prowadzący zagrzewają do biegu. Dzwonię do znajomych, ale się nie słyszymy. Trudno, wystartujemy osobno.

Stajemy z dziewczynkami na starcie w pierwszej grupie. Daję im woreczek z kolorowym proszkiem. Zaczynają go na siebie sypać, śmiejąc się głośno i ganiając między moimi nogami. Atmosfera jest świetna. Wyciągam aparat i kręcę ten film:

Wyłączam aparat i zerkam pod nogi. Nie ma Z.! Rozglądam się, nie widzę jej. Pytam M., ale ona nie wie. Zaczynam się denerwować. Jak daleko mogła zajść w tłumie przez pół minuty? Z lewej i prawej strony są barierki, zostaje tylko przód i tył…

Nagle telefon w kieszeni wibruje. Odbieram, pogłaśniam na maksa. Słyszę kobiecy głos mówiący, że znalazła Z. i czeka przy bramie na stadion. Wybiegam z M. z tłumu. Brama jest kilka metrów od nas! Jak Z. tam doszła, przecież wszędzie są barierki?! Dziękuję pani, przytulam Z., uspokajamy się. Patrzę na jej rękę. Jak to dobrze, że napisaliśmy każdej dziewczynce na przedramieniu numer telefonu do mnie! Dzięki temu „zgubienie” nie trwało nawet minuty.

Zdecydowanie polecam ten sposób zostawiania dziecku kontaktu do siebie. Bransoletkę czy naszyjnik z numerem telefonu rodzica może zgubić.
Napis wykonany długopisem będzie widoczny nawet następnego dnia.

W tym czasie startuje pierwsza 500-osobowa grupa, potem druga. Dołączamy się do trzeciej. 3… 2… 1… Biegniemy!

1 kilometr

Ale czad! Emocje sięgają zenitu, jesteśmy niesieni tłumem. Dziewczynki dają z sobie wszystko. Jest radość, entuzjazm i zaangażowanie, ale… na krótko. Po kilkuset metrach dziewczynki tracą siły. Czegóż więcej oczekiwać od kilkuletnich dzieci?

Zwalniamy, idziemy i nagle stajemy. Z. boli brzuszek. M. chce biec dalej, ale Z. protestuje. Siadamy na krawężniku, lecą łzy. Po paru minutach wstajemy, znowu chwilę biegniemy, siadamy. I tak ze trzy razy. Pierwszy kilometr okazuje się być najtrudniejszym psychicznie.

W tym czasie obserwujemy jak biegną inni.

Najfajniejsze w The Color Run jest to, że technika właściwie jest dowolna. Możesz biec, iść albo… być niesionym.
2 kilometr

Mija nas kolejna 500-osobowa grupa, która przed chwilą wystartowała. Nagle Z. wstaje i wystrzeliwuje za grupą. Szybko się ogarniamy z M. i dołączamy do Z. Wstąpiły w nią nowe siły, biegnie jakby była niesiona wiatrem. Piękny widok!

Dobiegamy do pierwszego etapu, na którym obsypują nas kolorami. Najpierw fioletowy. Umawiamy się, że nawet jak będziemy zmęczeni, to pomiędzy sypiącymi biegniemy jak szaleni. Jest radość, wyglądamy jak jagódki. Wygłupiamy się. Po kryzysach z 1 kilometra zostały już tylko wspomnienia.

3 kilometr

Drugi etap, to proszek czerwony. Jest śmiesznie, zaczynamy przypominać jagodowe babeczki w truskawkowej galaretce. Śmiejemy się, biegniemy dalej. Mija nas Paulina, której na początku przekazaliśmy pakiet startowy. Zagrzewa nas do biegu. Nie zwalniamy, dajemy czadu.

Nagle Z. wywraca się! Upada na kolano. Stłuczenie i obtarcie, lecą krew i łzy. Polewam kolano wodą. Czekamy.

Pomagam Z. stanąć na nogi, ale ona nie chce. Boli ją, a poza tym boi się. Nie chce już biec.

Obiecałem dziewczynkom, że choćby nie wiem co, dobiegniemy do końca. Biorę Z. na ręce i ruszamy dalej.

4 kilometr

Przed wejściem do strony Ronda Waszyngtona sypią na nas proszek niebieski. Teraz przypominamy… hmm… chyba jakąś tartę owocową, zrobioną przez szalonego kucharza. Ale już nie wygłupiamy się. Emocje trochę gorsze.

Poruszamy się wolno, głównie idąc. Wciąż niosę Z., a M. mówi, że jest już zmęczona. Siadamy na trawie i odpoczywamy. Obserwujemy kolejnych biegnących, w tym znajomych.

Nagle podchodzi ochroniarz. Widzi kolano Z. i pyta, czy wezwać pomoc medyczną. Z. kiwa głową, że tak. Przychodzi dwóch medyków. Przemywają kolano, dezynfekują, naklejają plasterek (czy ktoś napisał już rozprawę doktorską na temat magicznego działania plasterków u dzieci?).

Z. krzywi się, płyną łzy, ale jest zadowolona. Potem mówi mi na ucho, że nic ją nie bolało. Moja dziewczynka!

5 kilometr

Kilkaset metrów przed metą sypią na nas kolor żółty. Tym razem nie biegniemy, ale przechodzimy przez ten etap, sami sięgając po proszek i sypiąc nawzajem na siebie. Zresztą, chyba wszyscy uczestnicy odpuszczają, bo sporo tu ludzi. Robią pamiątkowe zdjęcia, tarzają się w proszku, leżą w nim. Dołączamy do nich i spędzamy tu dobre 15 minut.

Czuję ulgę. Meta za jakieś 500 metrów i już wiem, że daliśmy radę. Patrzę na dziewczynki. Widzę w nich radość i beztroskę.

Tak, o to dokładnie chodziło: biegniemy i cieszymy się, albo raczej cieszymy się i biegniemy. The Color Run zamienił się w The Color Fun. Radość życia. Cieszę się chwilą. Niech trwa…

Bardzo, ale to bardzo dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tej fantastycznej imprezie! Przygotowania do niej trwały kilka tygodni i w wielu aspektach zmieniły moje życie. Nie przesadzam! Dlatego kłaniam się nisko:
Uwierzyli we mnie zanim ja uwierzyłem w siebie. Zostałem ambasadorem The Color Run, choć nie biegałem od czasów podstawówki. Sprawili, że ruszyłem się sprzed komputera i zobaczyłem, że poza monitorem też istnieje życie!

 

Dzięki New Balance zrozumiałem, że dobre buty to podstawa. Podczas pierwszych treningów biegałem w wysłużonych butach sportowych, nawet nie biegowych. Wystarczyło, że przebiegłem 3 kilometry w butach New Balance i zakochałem się na amen!
 
Pierwsze treningi to była dla mnie katorga! Padałem po nich i już nie wstawałem do rana. Okazało się, że zaniedbywałem podstawową rzecz: regenerację. Ponieważ podczas wysiłku bardzo się odwadniam, najlepszym środkiem na to okazał się Orsalit. Znakomicie nawadnia i uzupełnia cenne elektrolity.

 Szczerze mówiąc nigdy się nie zastanawiałem nad tym, czy dobrze się odżywiam. Jem cokolwiek i mam świetne samopoczucie, więc co tu zmieniać? Dopiero podczas treningów poczułem, że jest mi jakby za ciężko. Karolina zaprosiła mnie na badania, zrobiła dogłębny wywiad i zostawiła z poradami, które przeorganizowują mój sposób odżywiania – powoli, ale skutecznie. Jeszcze o tym napiszę.

 Ambasadorzy The Color Run

Foto: Michał Klewiński

Było nas kilkunastu, niektórych widzicie na zdjęciu powyżej. Mieszkamy w różnych częściach Polski, prowadzimy blogi w czasami totalnie różnych kategoriach, ale połączyło nas ambasadorowanie. Wielu z nas to byli biegowi debiutanci, więc zadawaliśmy pytania, dzieliliśmy się sukcesami i porażkami. Mieliśmy zamkniętą grupę na Facebooku, gdzie zawsze ktoś czuwał i podpowiadał. Dawno nie czułem takiego wsparcia. Dzięki!

Dziękuję też Tobie. Tak, Tobie!

W ostatnich tygodniach tego bloga odwiedziło kilka tysięcy osób, a na Facebooku i Instagramie moje poczynania śledziło kilkadziesiąt tysięcy użytkowników. Dla mnie to ogromne wyróżnienie! Mając takich czytelników czuję, że mogę wszystko. Jestem po prostu wzruszony…

 Trzymajcie się!
No i biegajcie. 😉

Tekst i zdjęcia:

Marcin Perfuński
Wszystkie prawa zastrzeżone!
supertatatv@gmail.com
 
Wpis powstał we współpracy z The Color Run™ Poland, Grupą PZU, New Balance, poradnią Dieta ze smakiem i marką Orsalit
 
Share: