Motywacja

Jesteśmy marzycielami, wciąż mamy nadzieję – rozmowa o proteście medyków

Wysyłam wiadomość do Natalii i czekam. Cisza. Po pewnym czasie odpisuje: „Przepraszam, miałam reanimację”. Zmroziło mnie…

To było kilka dni po tym, jak lekarze rezydenci rozpoczęli prostest głodowy. Napisała do mnie Natalia*, którą poznałem kilka lat wcześniej na jednej z imprez. Wówczas studiowała medycynę, teraz rozpoczęła specjalizację w jednym ze stołecznych szpitali.

„Chciałam zainteresować Cię protestem medyków. Pomyślałam, że napiszę do Ciebie, jako że tak naprawdę to, o co walczymy i co będzie się działo w polskiej ochronie zdrowia w najbliższym czasie, mocno dotyknie właśnie tę grupę, której jesteś przedstawicielem: rodziców i dzieciaczki”.

Potem wylało się. Dużo pisała o tym, jak wygląda codzienna praca lekarzy rezydentów, jak jest im ciężko realnie pomóc ludziom, bo nie ma kadry, sprzętu, a czasami już nawet zapału. Żaliła się na ignorowanie ich przez szefostwo, nie wspominając o wyższych instancjach. Czasami przerywała, bo miała dyżur, bo jechała do domu opieki dla osób starszych, bo akurat miała reanimację… Trudno mi się to czytało.

Traf chciał, że trzy dni później musiałem pojechać z córką do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego (SOR) w Samodzielnym Publicznym Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Warszawie – tym, w którym prowadzony jest protest głodowy. Przechodziłem obok protestujących, zatrzymałem się, popatrzyłem na tych młodych, wciąż uśmiechniętych ludzi. Opowiedziałem Marysi, co się tu dzieje i dlaczego to jest ważne również dla nas.

 

A potem na własnej skórze odczułem braki, o których napisała Natalia. Na prześwietlenie złamanego palca córki, postawienie diagnozy i założenie opatrunku czekałem 4 godziny. Kiedyś uznałbym to za całkiem niezły wynik, ale po tym, co napisała Natalia, zrozumiałem.

Zobojętniałem.

Wielu z nas zobojętniało.

Zaakceptowaliśmy fakt, że parogodzinne czekanie na podstawową pomoc medyczną to coś normalnego. W internetowych memach i heheszkach licytujemy się, kto i gdzie dłużej czekał. Sam to robiłem, nie jestem bez winy…

Tymczasem powinniśmy potraktować to jako objaw patologii niewydolnego systemu, który nie potrafi pomóc pacjentowi w cywilizowany sposób. Zamiast się oburzać i walczyć o swoje prawa, akceptujemy bylejakość. Jakoś to będzie, mawiamy. Aż kiedyś to wszystko rypnie…

Zachęcam Was do przeczytania tej rozmowy. To taki obrazek zza uchylonych drzwi na szpitalne zaplecze, do którego zwykle „pacjentom wstęp wzbroniony”. Tym razem powinniśmy zignorować to ostrzeżenie i zajrzeć do środka, żeby poznać fakty. Dla naszego wspólnego dobra.

* Na prośbę mojej rozmówczyni zmieniłem jej imię.

* * *

– Jesteś lekarzem rezydentem i wspierasz protest Twoich koleżanek i kolegów z Samodzielnego Publicznego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie. Powiedz, dlaczego postanowiłaś się w to zaangażować?

– Zgadza się, kończę pierwszy rok specjalizacji z chorób wewnętrznych w jednym z warszawskich szpitali. Ten protest jest kolejną już próbą zwrócenia uwagi naszych władz na to, że w polskiej opiece zdrowotnej musi się coś zmienić. Przez ostatnie dwa lata środowisko medyczne, zmobilizowane przez młodych lekarzy, podjęło szereg inicjatyw mających na celu wzbudzenie zainteresowania rządu pogłębiającym się kryzysem w opiece zdrowotnej. Podczas mojej pracy w państwowej służbie zdrowia zaobserwowałam, że problemy, które istniały już wcześniej, narastają i stają się zagrożeniem dla pacjentów.

 

– Jakie problemy masz na myśli?

– Przede wszystkim brak kadry medycznej: nie tylko lekarzy, ale również pielęgniarek, salowych, opiekunów medycznych, rehabilitantów, psychologów… Bez pełnej obsady nie ma możliwości zapewnienia kompleksowej opieki nad pacjentem. Tak naprawdę ten protest to walka o godne warunki hospitalizacji dla pacjentów, głównie tych ciężko chorych.

 

– Jest aż tak źle?

– To niedopuszczalne, żeby pacjent zakwalifikowany do hospitalizacji czekał w SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy) przez dobę czy dwie. Poniżej godności ludzkiej jest to, że leżący, niesamodzielny pacjent czeka na zmianę pieluchomajtki nawet kilka godzin, czy na to, żeby ktoś podał mu szklankę wody. O tych rzeczach się nie mówi, ja to widuję na co dzień. Nieakceptowalne jest, że w pierwszych miesiącach swojej pracy młody lekarz dyżuruje samodzielnie, jedynie pod telefonicznym nadzorem starszego kolegi…

 

– Zaraz, jak to tylko telefonicznym nadzorem? Nikt z lekarzy z dłuższym stażem nie patrzy młodszym na ręce?

– Nie, na dyżurze jestem sama. Sprawuje opiekę nad około pięćdziesięcioma pacjentami, często w stanie ciężkim, bez miejsc monitorowanych, z trzema pielęgniarkami, bez opiekunów medycznych. Oczywiście w sytuacji alarmowej zawsze możesz zadzwonić do starszego kolegi, który dzięki swojej uprzejmości może udzieli ci koleżeńskiej porady, choć nie jest to jego obowiązkiem. Ale czasem trzeba coś skonsultować o 2 czy 3 w nocy i co wtedy? Uwierz mi, mimo najszczerszych chęci kolega czasem może po prostu nie usłyszeć twojego telefonu. A teraz wyobraź sobie, że dzwonisz o tej porze do szefa…

 

– Co jeszcze jest nie tak?

– Pacjent ma prawo do wypoczętego lekarza, a nie lekarza, który nie spał od 30 godzin. Co prawda nikt nas nie zmusza, żeby po dyżurze zostawać jeszcze w pracy, ale swoich pacjentów musimy „obrobić”. Taki dyżur to żadne kokosy: za 24 godziny pracy dostaję około 300 złotych. A te nerwy, poczucie odpowiedzialności… Nie życzę tego nikomu. Już na dzień przed dyżurem chodzę zestresowana i podminowana, pojawiają się zaburzenia żołądkowo-jelitowe, bóle głowy. Na dodatek nie mam kiedy regularnie i rzetelnie się uczyć, robię to z doskoku. Muszę zarobić na swoje utrzymanie, na kursy doszkalające, na podręczniki. Zarabiam dodatkowymi pracami, popołudniami, wieczorami, nocami: w POZ (podstawowa opieka zdrowotna), nocnej pomocy lekarskiej, domach opieki nad osobami starszymi.

 

 

– Jak na pierwsze informacje o proteście zareagowali przełożeni? Czy odezwało się Ministerstwo Zdrowia? Sprawą zainteresował się ktoś z rządu?

– To, w jaki sposób traktuje nas Ministerstwo Zdrowia, można obserwować w obiektywnych mediach: ministerstwo próbuje lekceważyć problem i udawać, że przecież wszystko idzie ku lepszemu. Tymczasem nasza walka o poprawę warunków szkoleniowych trwa już od dłuższego czasu. Jakiś czas temu, kiedy rezydenci urządzali manifestacje, kierownik mojej kliniki nie wyrażał zrozumienia. Potrafił komentować na odprawie, że rezydenci są w uprzywilejowanej sytuacji, bo zarabiają najlepiej w całej opiece zdrowotnej. Dostało się nam też za to, że zlecamy za dużo badań na dyżurach…

 

– Jak to, badania pacjentów są problemem?

– Każde badanie to dodatkowy koszt. Gdy zlecamy ich więcej, to według dyrekcji zadłużamy szpital. Tymczasem robimy to dla dobra pacjenta, bo nie mamy z kim skonsultować naszych wątpliwości co do podejrzewanego rozpoznania. Na moim oddziale w tym momencie nie ma ani jednego specjalisty, który nadzorowałby pracę młodszych lekarzy. Gdyby rezydentów odsunięto od dyżurów, nie miałby kto pracować. Wszystko by stanęło. Czy nie jest to przerażające?

 

– A nie jest to uregulowane prawnie?

– Rzecz w tym, że prawo pracy na każdym kroku jest łamane, a wytyczne szkolenia specjalizacyjnego są w dużej mierze fikcją. Na przykład jako rezydenci nie możemy być oddelegowywani do samodzielnej pracy w SOR wbrew własnej woli. Jako że takie sytuacje się zdarzały, napisaliśmy pismo do Urzędu Wojewódzkiego z prośbą o wskazanie podstawy prawnej i poparcie nas. Kilkanaście dni później szef odczytał nam pismo od Urzędu Wojewódzkiego, w którym stwierdzono, że jeśli w programie specjalizacyjnym są dyżury na Izbie Przyjęć (a w specjalizacji chorób wewnętrznych są takie od 4 roku), to rezydent może być oddelegowany do pracy w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Tylko że nam chodziło o przypadki, gdy w SOR pracował rezydent na 2 roku specjalizacji! Tymczasem w opinii przełożonych drugi czy czwarty rok specjalizacji – oj tam, nie ma co się rozdrabniać. „Każdy z nas to przechodził…”

 

– Kiedy zdecydowałaś się pójść na medycynę, nie wiedziałaś, że kupujesz właśnie bilet na Titanica, który nieuchronnie płynie na spotkanie z górą lodową?

– Pierwsza myśl o medycynie to było w moim przypadku gimnazjum. Nie mam w rodzinie żadnego lekarza, więc nie znałam realiów. Chciałam po prostu być użyteczna, robić coś dla innych. Myślałam, że jeśli nie dostanę się na medycynę, to pójdę na pielęgniarstwo. Przemawiała więc chyba przeze mnie chęć pomocy innym. Pamiętam, jak mój tata ucieszył się, gdy dostałam się na medycynę. To było po tym, jak moja siostra przez kilka miesięcy szukała pracy. Argument, że ja „zawsze będę mieć pracę”, był nie do zakwestionowania. Tylko w jakim stresie i w jakich warunkach…

Teraz z trudem przychodzi mi bycie empatyczną, gdy jestem po prostu zmęczona: bo za dużo pracy, za dużo biurokracji, wszędzie jakieś przeszkody i jeszcze trzeba wytłumaczyć pacjentowi, dlaczego tak to funkcjonuje. Czasem po prostu nie dajesz już rady. Nawet nie możesz sobie pozwolić na chorobę, bo idąc na zwolnienie masz wyrzuty sumienia – przecież twój pacjent czekał na wizytę w poradni kilka tygodni.

 

 

– Kolejne rządy zachowują się wobec służby zdrowia niczym – pozostając przy analogii z poprzedniego pytania – orkiestra na tonącym Titanicu: wiedzą, że zmierzamy na dno, ale dbają, by przynajmniej odbywało się to w dobrej atmosferze. Wszelkie reformy skupiają się raczej na zalepianiu bieżących dziur niż przebudowaniu całego systemu. Co powinno się zmienić, żeby zarówno pacjenci jak i lekarze odczuli realną poprawę sytuacji?

– Polska służba zdrowia jest w kryzysie od wielu lat i środowisko medyczne w mniejszym bądź większym stopniu od dawna biło na alarm. Obecna sytuacja jest efektem wieloletniego przymykania oczu przez rządzących na istniejący problem, no bo do tej pory opieka zdrowotna „jakoś” funkcjonowała. Tylko że jest coraz gorzej. W końcu postanowiliśmy powiedzieć dość tej bylejakości.

Przede wszystkim postulujemy wzrost nakładów finansowych na opiekę zdrowotną do poziomu 6,8 proc. PKB. Światowa Organizacja Zdrowia wyliczyła, że to poziom finansowania służby zdrowia uznawany za bezpieczny. Tymczasem w Polsce mamy najniższe w Europie publiczne nakłady na ochronę zdrowia, sięgające tylko 4,7 proc. PKB!

Po drugie, aby pacjenci realnie odczuli polepszenie sytuacji, w służbie zdrowia musi być więcej personelu. Tego nie da się zrobić bez zwiększenia płacy dla opiekunów medycznych, pielęgniarek, sanitariuszy i wielu, wielu innych. No bo jak inaczej zachęcić ludzi do pracy w tak ciężkich fizycznie i psychicznie warunkach?

Młodzi lekarze powinni też mieć od kogo się uczyć. Postulujemy więc, by kierownicy specjalizacji otrzymywali zapłatę za to, że poświęcają nam czas i energię. Moja kierownik specjalizacji pracuje w szpitalu na 1/8 etatu, czyli częściej jej nie ma niż jest. A dyrekcja nie chce zatrudnić jej na więcej.

Żeby pacjenci czuli się bardziej komfortowo, musimy mieć więcej czasu dla nich i dla ich rodzin. Tymczasem papiery i formalności zabierają nam ten czas.

 

– Czy dla rządu fakt, że do protestu zerwały się osoby dopiero stojące u progu kariery zawodowej, nie powinien być sygnałem, że nawet młodzi nie widzą przyszłości w obecnych warunkach funkcjonowania polskiej służby zdrowia?

– Media nagłaśniają, że jest to protest rezydentów, ale to nie do końca prawda: to protest medyków. Rzeczywiście, rezydenci nakręcili go i stanowią jego duże ogniwo. A dlaczego wszystko zaczęło się od nas? Bo mamy jeszcze siłę, nadzieję, bo być może – jak określił to Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia – „jesteśmy marzycielami” i za mało znamy życie. Starsi koledzy mówią, że oni są już wypaleni, nie mają siły na „walkę z wiatrakami”.

Tu warto jeszcze sprostować skrót, który często słyszymy w mediach: młodzi lekarze. Uzyskanie specjalizacji trwa od 4 do 10 lat. Średnio rezydentura kończy się w wieku 37 lat. Wciąż mówimy o młodych lekarzach?

Mam 29 lat. Nie wiem, kiedy nadejdzie ten moment, w którym moja sytuacja finansowa będzie na tyle stabilna, bym zaczęła myśleć o założeniu rodziny i urodzeniu dziecka. A muszę być na to gotowa, bo przecież wtedy nie dorobię sobie popołudniami, tylko będę chciała spędzać czas z dzieckiem. Wśród moich znajomych „medycznych” powoli zaczynają pojawiać się dzieci. Dla porównania, znajomi „pozamedyczni” mają już dwu-, trzyletnie dzieci. Medycy w dużym stopniu wiążą się między sobą, co stanowi dodatkową trudność: naprzemienne dyżury, brak czasu dla siebie nawzajem…

Ale muszę przyznać, że czujemy duże wsparcie. W ostatnim czasie pojawiło się sporo głosów starszych kolegów i kierowników oddziałów popierających nas, chwalących nasz zapał i podtrzymujących w nas nadzieję, że coś osiągniemy dla dobra wspólnego. Jeszcze nigdy nie było takiej jedności w środowisku medycznym, a w tym nasza główna siła – w solidarności.

 

– Jak sądzisz, grozi nam strajk generalny lekarzy?

– Wiesz, można wychodzić z założenia: „przebieduję te kilka lat, zacisnę zęby, zrobię specjalizację, będę pracować komercyjnie i wtedy zacznę naprawdę zarabiać”. Tylko że to bardzo egoistyczne. Tkwienie w tym systemie, codzienne stykanie się z tymi biednymi pacjentami i akceptowanie tego jest po prostu nieetyczne. Protest to najłagodniejsza forma zwrócenia uwagi społeczeństwa, aby i ono zaangażowało się w walkę o poprawę warunków, w jakich jest leczone. Nie chcemy odchodzić od łóżek, nie chcemy zostawiać pacjentów. Ale obawiam się, że nic innego nie poskutkuje. Kto wie, może i strajk generalny nic nie da…

 

– Czy jeśli nic się nie zmieni, to zapaść polskiej służby zdrowia stanie się nieuchronna?

– Patrząc na to, jak rząd traktuje nas, ale także was – pacjentów, to nie wiem, czy da się tego uniknąć. Choć będziemy się bardzo starać i robić wszystko, żeby do tego nie doszło. Mamy jeszcze kilka możliwości. Wiesz, wystarczy, że rezydenci zrezygnują na jakiś czas z dodatkowego zatrudnienia albo wypowiedzą opt-outy w szpitalach, czyli zgodę na pracę w wymiarze przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień. Wtedy system się zawali.

rozmawiał Marcin Perfuński

© tekst i zdjęcia: Marcin Perfuńskisupertata.tv

Share: