Motywacja

Dlaczego nigdy nie zostanę najpopularniejszym blogerem?

Niedawno usłyszałem, że nigdy nie zostanę najpopularniejszym blogerem parentingowym. Absolutnie się z tym zgadzam!

Żeby nie było – powiedziała to życzliwa mi osoba, wszechstronnie znająca blogosferę, zrobiła to w dobrej wierze i bardzo merytorycznie. Na dodatek czyta mnie od dłuższego czasu, jak i innych blogerów parentingowych. Dlatego bardzo sobie cenię jej zdanie, bo wiem, że ten wniosek jest wynikiem jej doświadczenia i wnikliwych obserwacji.

I wiecie co? Ten brak popularności kompletnie mi nie przeszkadza. Dlaczego? Wyjaśnię to na samym końcu.

Ale najpierw rozłóżmy na czynniki pierwsze to, co jako bloger robię „źle” i dlaczego z mainstreamem mi nie po drodze.

Nie używam clickbaitów

Chodzi o oszukańcze tytuły, które mają na celu skłonić jak najwięcej osób do kliknięcia linku. Nie znajdziecie u mnie wpisów zatytułowanych w stylu „Nie uwierzycie, ale mam dużego!”, pod którym kryje się np. zdjęcie naszego nowego domu.

To znaczy, on faktycznie jest duży, ale myślę, że wiecie, o co chodzi. Bynajmniej nie o wulgarne skojarzenia. 😉

Nie rzucam ekstrementami w wentylator

Pod tym pojęciem rozumiem poruszenie tematu, który na pewno wywoła dyskusję. Wystarczy zadać pytanie „Co myślicie o aborcji?” albo „Szczepić czy nie szczepić dzieci?”, a możecie być pewni, że rozpęta się pod tym pytaniem burzliwa dyskusja. Nawet nie trzeba uzasadniać własnego poglądu w danej sprawie, tylko – no właśnie – rzucić śmierdzącym tematem w Facebooka i patrzeć, kogo najbardziej ochlapie.

Wielu blogerów tak robi, ograniczając swój udział w późniejszej rozmowie do usuwania co bardziej krewkich komentatorów. Tylko po co to robić? Czy to rozwiąże czyjś problem? Czy przekona nieprzekonanych? Śmiem wątpić…

Dlatego cenię sobie tych twórców internetowych, którzy nim zaczną taką dyskusję, uprzednio argumentują swoje racje. Mogę się nawet z nimi nie zgadzać, ale przynajmniej mamy już punkt wyjścia do konstruktywnej rozmowy, a nie walenia się po głowie maczugami.

Nie eskaluję problemów, ale szukam ich rozwiązań

Często na blogach, grupach czy fanpage’ach parentingowych można trafić na dyskusje, które wyglądają jak ściek do wylewania rodzicielskich frustracji.  W pełni rozumiem emocje o negatywnym zabarwieniu, bo bycie mamą i tatą to czasami ciężka robota, ale zamiast wywalać do Internetu własne pomyje wolę szukać remedium, z którego skorzystają inni.

Gdy więc piszę o swoich słabościach czy upadkach, to niemal zawsze puentą tekstu jest wniosek na przyszłość. I choć jest on zbudowany na konkretnym przypadku, to staram się, by jego znaczenie było uniwersalne. Najwyraźniej w ten sposób nie pozostawiam zbyt wiele miejsca na ewentualne dyskusje, bo skoro sprawa została wyjaśniona, to o czym tu gadać? 😉

Nie jestem modny

Nie recenzuję w kółko najnowszych wózków, drogich bucików, topowych fotelików samochodowych czy gadżetów dla rodziców, choć mógłbym. Takie propozycje dostaję nader często.

Dla blogera to bardzo dochodowy biznes! Firmy są w stanie zapłacić naprawdę dużo za zdobycie do kampanii reklamowej influencera, by pokazać w jego kanałach społecznościowych swój produkt i uszczknąć z jego autorytetu odrobiny wiarygodności. Na dodatek wpisy o nowych produktach dobrze się niosą, bo rodzice szukają różnych sposobów na ułatwienie sobie wychowania dzieci, a nowe gadżety niosą ze sobą obietnicę spełnienia tych oczekiwań.

Ja jednak przyjąłem zasadę, że przede wszystkim pokazuję rzeczy, których sam używam, a jeśli jest to nowość, to najpierw muszę ją przetestować: mieć czas na poużywanie jej, na sprawdzenie funkcjonalności, skuteczności i trwałości, a nawet podjąć próbę zepsucia. Jeśli dana rzecz mi nie podejdzie, to nici z kampanii. Wielu już odmówiłem i zapewne trafiłem u nich na czarną listę tych, z którymi nie warto współpracować.

Trudno. Wiarygodność przede wszystkim.

Nie nabijam się z dzieci

Niedawno odmówiłem udziału w programie telewizyjnym, którego celem było pośmianie się z powiedzonek naszych dzieci. Oczywiście bez trudu mógłbym wyciągnąć z rękawa dziesiątki, a nawet setki takich tekstów, tylko po co?

Żeby pośmiać się z dzieci? Naprawdę?! Z tych najmłodszych, słodkich, kochanych dzieci, które bezgranicznie nam ufają, składając w nasze ręce całe swoje życie? Z ich szczątkowej wiedzy i pomyłek przynależnych ich wiekowi?

O, nie! To nie dla mnie.

Owszem, czasem cytuję swoje córki, nawet ich drobne wpadki czy przejęzyczenia, ale nie po to, by je upokorzyć, lecz pokazać, że za danym lapsusem językowym stoi jednak jakaś mądrość, dedukcja czy logika. Że zamiast naśmiewać się z ich nieporadności lepiej skorygować, naprostować, ale przede wszystkim docenić samodzielność we wnioskowaniu i komunikacji – może i niedoskonałej, ale też na swój sposób rozwiniętej i dojrzałej.

Traktuję dzieci poważnie!

To wynika z powyższego podejścia, ale stoi za tym coś jeszcze.

Czasami stykam się opiniami rodziców, którzy bez ogródek piszą lub mówią, że dzieci niszczą im życie: hamują rozwój, blokują plany, wiążą ręce. Ludzie wylewają swoje żale w takim tonie, jakby dziecko było jakimś przekleństwem, a nie błogosławieństwem.

Oczywiście, po kilku miesiącach życia naszej pierwszej córki też byłem rozczarowany tym, że utopijna wizja rodzicielstwa skąpanego w pastelach, pluszach i atłasach została brutalnie sprowadzona do wycierania zasranej pupy, zbierania wymiocin i noszenia na rękach rozhisteryzowanego dziecka… ale czy to jedyny obraz rodzicielstwa? Żadnych plusów, odkryć, świeżości?

Jasne, one pojawiają się z czasem, zwłaszcza gdy z tym małym człowiekiem nawiązuje się pierwsze relacje, gdy zaczyna mieć własne zdanie albo gdy okazuje się, że w niektórych sprawach dziecko jest mądrzejsze od rodzica. Staram się być wrażliwy zwłaszcza na to ostatnie, bo nikt tak nie motywuje do zmiany na lepsze jak własne dziecko.

Taka postawa może denerwować innych rodziców, którzy do ostatniej kropli krwi bronią swojego zdania, no bo jak tak można – ulegać dzieciom? A mnie to fascynuje!

* * *

Z takimi poglądami jak wyżej próżno szukać poklasku wśród przeciętnych rodziców. Takich, co to z radością witają poniedziałkowy ranek w pracy, bo wreszcie udało im się wyrwać z domu od dzieciaków. Którzy robią wszystko, by położyć dzieci jak najwcześniej spać i wreszcie obejrzeć serial przy piwku i czipsach (też czasem lubię, ale nie kosztem relacji z dziećmi!). Którzy wolą dać dzieciom tablet do ręki, wypchnąć do sali zabaw albo włączyć jakiś dziecięcy kanał w tv zamiast iść do lasu, sklecić miasto z klocków albo po prostu porozmawiać – nie budować między nami muru, lecz relację.

Gdy zaczynałem pisać bloga, miałem nadzieję, że to, co będę tworzył, porwie tłumy. Dziś już mi na tym nie zależy. Przestało to być ważne.

Istotniejsze jest budowanie środowiska, które będzie podzielać właśnie takie podejście do świata: pozytywne, kreatywne i otwarte na to, co nowe. Wierzę, że takich osób będzie coraz więcej. Nie chcę karmić w sobie ani w Was frustracji, tylko szukać tego, co lepsze – nie tylko dobre, ale lepsze! Rozumiem przez to traktowanie rzeczywistości jako tworu plastycznego, który można nieustannie kształtować. Zaokrąglać kanty, gładzić poszarpania, prostować pokrzywione. Nigdy nie zadowalać się w pełni tym, co się ma już teraz, ale zawsze szukać czegoś więcej, dalej, głębiej.

By codziennie móc spojrzeć w lustro bez wstydu i zobaczyć w nim odbicie szczęśliwego człowieka. Tak jak na głównym zdjęciu.

Trzymajcie się!

Marcin Perfuński

kontakt@supertata.tv

© Wszystkie prawa zastrzeżone!

Share: